A oto Pan Mysz.
Nie jest on zwykłą myszą, tylko wyjątkową. Bo kto widział zielonooką mysz? Rozmiary ma nieco ponad przeciętną, gdyż mierzy 6 i pół centymetra wzrostu i jest z tego dumny.
Żeby nie było od razu się przyznam, że do jego wykonania zainspirowała mnie Lucy wykonana prze Olę Smith. Zbierałam się do jej zrobienia już od dłuższego czasu, ale tak mnie wciągnęło mokre filcowanie...
Jestem w nim absolutnie zakochana! Z chęcią dodałabym dużo więcej zdjęć z bardzo obszernej sesji.
Oprócz kolejnego Filczaka, wykonałam również coś pożytecznego, a mianowicie magnesy na lodówkę.
piątek, 2 lipca 2010
Naszyjniki c.d.
Mój ulubiony to czerwona róża, jest piękna. Jestem z niej dumna.
czwartek, 1 lipca 2010
Ciasta i inne słodkości
Ostatnio mój komputer choruje. Ma problemy z włączaniem się, działaniem niektórych programów i ogólnie jet jakiś taki rozbity. Biedak złapał jakiegoś wirusa. Dlatego nie chciałam go męczyć zamieszczaniem nowych postów. Teraz czuje się nieco lepiej, ale nie wiem jak długo to potrwa. Wizyta u lekarza chyba będzie niezbędna :(
Korzystam więc i zdaję relację z pracowitego weekendu oraz początku tygodnia, który minął pod znakiem ciast i innych słodkości.
Ostatnio gorąco, więc starałam się nie używać piekarnika, a przynajmniej tak było w zamyśle. W rezultacie powstało tylko jedno ciasto na zimno.
Spód zrobiłam z pokruszonych herbatników, zmieszanych z 4 łyżkami stopionego masła. Na górę wyłożyłam bitą śmietanę, zmieszaną z 1/3 szklanki wody, w której rozpuściłam łyżeczkę żelatyny. I jeszcze wrzuciłam pokrojone w drobną kostkę brzoskwinie. Całość polałam stopioną czekoladą. Wyszło pycha, choć śmietana słabo stężała.
W poniedziałek zerwałam się z łóżka skoro świt i popędziłam do Lidla. Oto co kupiłam:
Śliczne kokilki, w ilości ośmiu sztuk. No to teraz się zacznie: creme brulee, creme caramel, suflety....
W lodówce zabłąkał się talerz truskawek. Jakoś nikt nie chciał ich zjeść na surowo. Nie było wyjścia. Upiekłam kruche ciasto z truskawkami. No i zaprosiłam przyjaciółkę.
Ciasto wyszło ultracienkie :) Powiedzmy wersja light.
Korzystam więc i zdaję relację z pracowitego weekendu oraz początku tygodnia, który minął pod znakiem ciast i innych słodkości.
Ostatnio gorąco, więc starałam się nie używać piekarnika, a przynajmniej tak było w zamyśle. W rezultacie powstało tylko jedno ciasto na zimno.
Spód zrobiłam z pokruszonych herbatników, zmieszanych z 4 łyżkami stopionego masła. Na górę wyłożyłam bitą śmietanę, zmieszaną z 1/3 szklanki wody, w której rozpuściłam łyżeczkę żelatyny. I jeszcze wrzuciłam pokrojone w drobną kostkę brzoskwinie. Całość polałam stopioną czekoladą. Wyszło pycha, choć śmietana słabo stężała.
W poniedziałek zerwałam się z łóżka skoro świt i popędziłam do Lidla. Oto co kupiłam:
Śliczne kokilki, w ilości ośmiu sztuk. No to teraz się zacznie: creme brulee, creme caramel, suflety....
W lodówce zabłąkał się talerz truskawek. Jakoś nikt nie chciał ich zjeść na surowo. Nie było wyjścia. Upiekłam kruche ciasto z truskawkami. No i zaprosiłam przyjaciółkę.
Ciasto wyszło ultracienkie :) Powiedzmy wersja light.
Ciasta wyszło trochę za mało gdyż proporcje wzięłam z głowy: 2 szklanki mąki tortowej, kostka margaryny, 3/4 szklanki cukru pudru (zawsze daje puder bo dzięki temu jest naprawdę kruche) i dwa żółtka. Szczerze mówiąc, truskawek też było niewiele. Zagotowałam je z 2 szklankami wody i 1/3 szklanki cukru. Zrobiło się jeszcze mniej ;)
Wszyscy się śmiali, bo ciasto po upieczeniu miało mnij niż 1,5 cm.
We wtorek postanowiłam zrobić Creme Brulee. Trochę się obawiałam. Oto przepis z jakiejś gazety:
KREM BRULEE
SKŁADNIKI:
• pół litra śmietany kremówki (36%)
• 6 żółtek
• 1/3 szklanki białego cukru
• 4-5 łyżek brązowego cukru
• laska wanilii
• dowolnie: świeże figi lub inne owoce
• kilka listków mięty lub melisy do przybrania
PRZYGOTOWANIE:
Laskę wanilii przeciąć wzdłuż. Czubkiem noża wyskubać miąższ, resztę pokroić jak najdrobniej. Wszystko posypać łyżką cukru i rozetrzeć wałkiem, by cukier wchłonął jak najwięcej aromatu. Śmietankę wlać do rondla, wsypać cukier, utartą wanilię i mieszając, podgrzewać, nie dopuszczając do zagotowania! Gdy na brzegach garnka pojawią się bąbelki, zdejmujemy z ognia.
Żółtka włożyć do miski i lekko ubić mikserem (najniższe obroty), aż będą dobrze rozmieszane, ale nie puszyste. Małymi porcjami dolewać lekko przestudzoną śmietankę. Dokładnie mieszać przed dolaniem kolejnej porcji, ale starać się nie napowietrzać kremu. Powinien być gładki i lśniący, ale nie puszysty.
Masę przelać przez sito do żaroodpornych miseczek. Nagrzać piekarnik do temp. 95 st. i wstawić krem. W czasie pieczenia masa nie powinna wrzeć, bo zamiast kremu zrobi się jajecznica. Pieczemy 50-60 minut. Po tym czasie lekko trącić miseczki – jeśli na powierzchni nie rozchodzą się fale, krem jest gotowy (trącić każdą!!!).
Gdy krem ostygnie, wstawić go do lodówki na 6-8 godzin. Tuż przed podaniem powierzchnię posypać brązowym cukrem i przypalić specjalnym palnikiem, by powstała karmelowa skorupka. Jeśli nie mamy palnika, należy rozgrzać grill w piekarniku i wstawić miseczki pod grzałkę. Cukier może zacząć się topić już po 15 sekundach!!
Niby prosty, nic skomplikowanego. No i było tak: Nie miałam laski wanilii, wiec zastąpiłam cukrem waniliowym. A co do niespienienia masy - robiłam co mogłam, ale i tak się spieniła. Nie zrażając się przyłożyłam ją do kokilek - użycie sitka było bezpodstawne. Piekły się około 1,5 godziny, zanim po "trąceniu" nie było fal. No i nie zrobiłam skorupki karmelowej bo nie mam, ani palnika, ani grilla w piekarniku :)
Zjedliśmy go dopiero na drugi dzień. Był wspaniały. Naprawdę super. Ale tak sobie myślę, że karmel na górze to trochę przesada. Podczas pieczenia i tak się zrobiła skorupka. Ja bym go polała raczej gorzką czekoladą, tak dla przełamania słodyczy.
Oto zdjęcie:
Ponieważ zostało mi osiem białek postanowiłam zrobić bezy. Zniknęły błyskawicznie, ledwo zdążyłam zrobić zdjęcia.
No to by było na tyle, następnym razem będzie o filcowaniu :)
piątek, 25 czerwca 2010
Naszyjniki
Od kilku tygodni filcowałam jak szalona. Powstało mnóstwo kwiatków i sznurków. Wykonałam je z polskiej czesanki kupionej na allegro. Jest wspaniała, mięciutka i dobrze się filcuje. A co najważniejsze - nie gryzie (przetestowałam ;)). Dlatego to była sama przyjemność. No i trochę zaniedbałam co niektórych. Ale mam nadzieję, że wybaczą :)
Później musiałam poczekać na zakupione części do wykonania zapięć. Montowałam je przez kolejny tydzień.
No i są pierwsze rezultaty.
Podczas sesji przypałętało się takie jedno i też zażyczyło sobie fotografii. A że miałam włączone makro...
Ciąg dalszy (naszyjników) nastąpi...
Później musiałam poczekać na zakupione części do wykonania zapięć. Montowałam je przez kolejny tydzień.
No i są pierwsze rezultaty.
Podczas sesji przypałętało się takie jedno i też zażyczyło sobie fotografii. A że miałam włączone makro...
Ciąg dalszy (naszyjników) nastąpi...
środa, 23 czerwca 2010
Mokra robota :)
Na początku, kiedy zaczynałam filcować, myślałam, że nigdy nie będę robić tego na mokro :)
No, ale w końcu się przełamałam. Pierwsze prace to był koszmar. Etui na telefon wyszło 2 razy za duże, a klapka za krótka. Teraz jak je komuś pokazuję, to jakoś każdy kojarzy je z, hm... kapciem. No cóż. Może na razie, akurat nim, nie będę się chwalić ;)
Nie zrażając się jednak, postanowiłam iść za ciosem, i któregoś gorącego popołudnia, rozsiadłam się z folią, mydlinami i całą resztą, na balkonie. Oto co wyfilcowałam:
A z tych stert naleśników z wisienką powstały później...
...takie oto róże, które bardzo szybko odnalazły nowych właścicieli.
Od tej pory zakochałam się w filcowaniu na mokro. Oczywiście "igłowego" nie zdradzam i też, co jakiś czas, coś "suchego" powstaje. I to nie tylko króliczki i misie.
No, ale w końcu się przełamałam. Pierwsze prace to był koszmar. Etui na telefon wyszło 2 razy za duże, a klapka za krótka. Teraz jak je komuś pokazuję, to jakoś każdy kojarzy je z, hm... kapciem. No cóż. Może na razie, akurat nim, nie będę się chwalić ;)
Nie zrażając się jednak, postanowiłam iść za ciosem, i któregoś gorącego popołudnia, rozsiadłam się z folią, mydlinami i całą resztą, na balkonie. Oto co wyfilcowałam:
A z tych stert naleśników z wisienką powstały później...
...takie oto róże, które bardzo szybko odnalazły nowych właścicieli.
Od tej pory zakochałam się w filcowaniu na mokro. Oczywiście "igłowego" nie zdradzam i też, co jakiś czas, coś "suchego" powstaje. I to nie tylko króliczki i misie.
wtorek, 22 czerwca 2010
Filczakowej rodzinki c. d.
Jakiś czas temu, około Wielkanocy, rodzina Filczaków poznała rodzinkę wesołych królików: Błękitka, Seledynka i Różyczkę. Od razu obie familie się zaprzyjaźniły. Od tej pory są nierozłączne. Ostatnio urządziły sobie sesję w plenerze. Miśki swoimi zdjęciami już się pochwaliły, teraz czas na króliki.
W czasie tej wycieczki spotkały szarego kota w paski, który uwielbia się wspinać po drzewach.
Kilka dni później kot złożył królikom wizytę.
W czasie tej wycieczki spotkały szarego kota w paski, który uwielbia się wspinać po drzewach.
Kilka dni później kot złożył królikom wizytę.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Przepis
Poproszono mnie o przepis na ciacho. Proszę bardzo:
Składniki:
0,5 kg truskawek
2 galaretki truskawkowe
250 g serka mascarpone
pół szklanki jogurtu naturalnego
2 duże opakowania herbatników maślanych
2 łyżki cukru pudru
Przygotowanie:
Tradycyjnie truskawki myjemy i kroimy w plasterki. Połowę miksujemy. Galaretki rozpuszczamy w 400 ml wrzątku w osobnych naczyniach. Studzimy. Jedną mieszamy ze zmiksowanymi truskawkami.
Foremkę keksową wykładamy folią spożywczą. Ja swoją przykleiłam taśmą klejącą, bo się obsuwała :)
Wlewamy galaretkę ze zmiksowanymi truskawkami i wkładamy do lodówki. Kiedy już stężeje układamy na niej warstwę herbatników.
Teraz bierzemy się za warstwę serkową. Do miski przekładamy serek, wlewamy jogurt i wsypujemy cukier. Wszystko porządnie mieszamy łyżką. Można robotem, ale mi się nie chciało. Tak też jest dobrze.
Wykładamy masę na herbatniki i przykrywany kolejną warstwą ciastek.
Drugą galaretkę wkładamy na chwilę do lodówki żeby odrobinę stężała, nie wsiąknie wtedy w herbatniki.
Kładziemy kolejna warstwę deseru, czyli resztę pokrojonych truskawek. Zalewamy je galaretką i wstawiamy do lodówki na kilka godzin, najlepiej zrobić to wieczorem i zostawić na całą noc.
Rano odwracamy foremkę do góry nogami na talerz i ściągamy folię.
Smacznego!
Składniki:
0,5 kg truskawek
2 galaretki truskawkowe
250 g serka mascarpone
pół szklanki jogurtu naturalnego
2 duże opakowania herbatników maślanych
2 łyżki cukru pudru
Przygotowanie:
Tradycyjnie truskawki myjemy i kroimy w plasterki. Połowę miksujemy. Galaretki rozpuszczamy w 400 ml wrzątku w osobnych naczyniach. Studzimy. Jedną mieszamy ze zmiksowanymi truskawkami.
Foremkę keksową wykładamy folią spożywczą. Ja swoją przykleiłam taśmą klejącą, bo się obsuwała :)
Wlewamy galaretkę ze zmiksowanymi truskawkami i wkładamy do lodówki. Kiedy już stężeje układamy na niej warstwę herbatników.
Teraz bierzemy się za warstwę serkową. Do miski przekładamy serek, wlewamy jogurt i wsypujemy cukier. Wszystko porządnie mieszamy łyżką. Można robotem, ale mi się nie chciało. Tak też jest dobrze.
Wykładamy masę na herbatniki i przykrywany kolejną warstwą ciastek.
Drugą galaretkę wkładamy na chwilę do lodówki żeby odrobinę stężała, nie wsiąknie wtedy w herbatniki.
Kładziemy kolejna warstwę deseru, czyli resztę pokrojonych truskawek. Zalewamy je galaretką i wstawiamy do lodówki na kilka godzin, najlepiej zrobić to wieczorem i zostawić na całą noc.
Rano odwracamy foremkę do góry nogami na talerz i ściągamy folię.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































